Neurodydaktyka – powrót do źródła edukacji. Rozmowa z dr. Wojciechem Glacem

Dr Wojciech GlacJak edukacja może wykorzystywać wiedzę o mózgu? Jak wzbudzać motywację do nauki? I jak partnerskie relacje pomiędzy nauczycielem a uczniem mogą wpłynąć na jego pozytywny stosunek do przedmiotu? Rozmawiam z doktorem Wojciechem Glacem, adiunktem w Pracowni Neurobiologii w Katedrze Fizjologii Zwierząt i Człowieka na Wydziale Biologii UG. W projekcie „Zdolni z Pomorza” przeprowadził cykl wykładów w ramach szkoleń skierowanych do nauczycieli pt. „Uczeń zdolny w świecie neurodydaktyki”. 

Neurodydaktyka najpierw wykorzystywana była w biznesie, dopiero potem zainteresowała się nią edukacja. Dlaczego tak późno?
Neurodydaktyka tak naprawdę istniała od zawsze. I właśnie przez to, że pojęcie to wprowadzone zostało nieco sztucznie, jako coś nowego, nie jestem do końca jego fanem. Traktuję jednak neurodydaktykę jako powrót do źródeł istoty procesu nauczania. My – nauczyciele – choć nie zawsze mamy pełnię fachowej wiedzę na temat funkcjonowania mózgu – to jednak będąc praktykami – stosujemy określone metody i formy przekazywania wiedzy zgodne z tym, co określane jest dziś mianem neurodydaktyki. Stosujemy te mechanizmy niejako instynktownie. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by rozwijać naszą wiedzę o funkcjonowaniu mózgu ucznia, nawet jeśli miałoby się okazać, że nauka dojdzie do wniosków, do których dawno już dotarli nauczyciele – praktycy, prowadząc swoje badania od stuleci wprost na swoich pacjentach – uczniach. Badania warto jednak podejmować, ponieważ często prowadzą one jednak do nowych odkryć. Bez względu jednak na wynik tych badań, zawsze warto wrócić do źródeł, by popatrzeć na proces uczenia przez pryzmat tego, co dzieje się w mózgu ucznia. 

I ta strona naukowa jest de facto jedynym nowatorskim aspektem neurodydaktyki. Badania prowadzono na razie w nielicznych ośrodkach naukowych, mają na celu bezpośrednie podglądanie tego, co dzieje się w mózgu ucznia podczas nauki, w przypadku wykorzystywania różnych metod i form nauczania. Wykorzystuje się do tego różnorodne techniki neuroobrazowania. A wszystko po to, by finalnie wypracować takie formy pracy nauczyciela z uczniem oraz pracy samego ucznia, by proces uczenia się był jak najbardziej efektywny. 

A czym dla Pana jest neurodydaktyka?
Jest przypomnieniem tego, jak działa mózg ucznia. Neurodydaktyka przywołuje zatem wiedzę, jak działa ten mózg, w jaki sposób się uczy, koncentruje, motywuje i wyraża emocje, a potem dobiera takie metody, żeby jak najlepiej tę wiedzę wykorzystać. 

„Nauczać, to rozniecać ogień, a nie napełniać puste wiadro”, twierdził już w VI wieku p.n.e. Heraklit. Jak wykorzystać wiedzę o mózgu do motywowania młodych ludzi? Motywacja często dzielona jest na wewnętrzną i zewnętrzną, ale z punktu widzenia neurobiologii motywacja to wewnętrzny proces wzbudzenia napędu do takiego działania, które umożliwia zdobycie korzyści – nagrody lub uniknięcia straty – kary. Na proces motywacji wpływają oczywiście różne czynniki, ale głównym źródłem motywacji w naszym mózgu jest wizja nagrody i kary. Im większa jest ta wizja, im większą możemy zdobyć nagrodę lub im większej możemy uniknąć kary, tym silniejsza motywacja do działania. Tę wizję każdy z nas musi wytworzyć sam w swojej głowie, by doszło do wzbudzenia motywacji. Proces ten można oczywiście wspomagać z zewnątrz. Chcąc wzbudzić motywację w mózgach naszych uczniów, musimy pomóc im dostrzec nagrodę płynącą z uczenia się lub też wyrobić umiejętność samodzielnego jej dostrzegania. To oczywiście nie jest łatwe. 

Jak to zrobić?
Ponieważ proces motywacji jest ściśle związany z działaniem układu emocjonalnego, niezwykle ważna jest postawa nauczyciela. Jeśli nauczyciel ma pasję, po partnersku traktuje swoich uczniów, podczas lekcji pozwala uczniom być sobą, słowem mówiąc – wywołuje pozytywne emocje, wówczas motywacja do uczenia się będzie wyzwalana w mózgach jego uczniów z dużą łatwością. Kluczem są pozytywne emocje i pasja. Nauczyciel posiadający pasję, zaraża nią swoich uczniów. A pasja to nic innego jak motywacja do pracy. Tak więc wydaje się, że to niezwykle proste – nie trzeba znać żadnych technik czy metod – wystarczy mieć pasję. 

Ale z drugiej strony możemy mieć zły dzień… 
Wytworzenie zaangażowanej postawy u ucznia jest procesem długotrwałym – powstaje powoli, ale też powoli gaśnie. Jeżeli przejawiamy pasję do swojego przedmiotu, lubimy swój zawód, uczymy z zaangażowaniem, traktujemy uczniów po partnersku, to ta pozytywna postawa budzi się również w uczniach, a kiedy już powstanie odpowiednio silna, nie pryśnie tylko dlatego, że nauczyciel będzie miał danego dnia zły humor. Wykształcony trwały wzorzec zachowania u ucznia, polegający na gotowości do poświęcania czasu i pracy na naukę, koncentracji uwagi na przedmiocie itd. sprawia, że nawet najgorsza niedyspozycja nauczyciela, nie będzie powodem natychmiastowego porzucenia chęci nauki danego przedmiotu przez ucznia. 
Oczywiście czasem coś się może wydarzyć nagle. Przychodzi nauczyciel, wygłasza płomienny, pełen pasji wykład i momentalnie wzbudza u słuchaczy ciekawość i zainteresowanie jakimś tematem. To się zdarza, tak samo jak zdarza się, że nauczyciel jednym nieodpowiedzialnym ruchem może zabić chęć do nauki, np. mówiąc uczniowi, że do niczego się nie nadaje i nie wiadomo jakim cudem udało mu się dotrzeć tak daleko. Zazwyczaj jednak budowanie postawy trwa długo, ale za to raz wytworzony wzorzec oporny jest na wygaszenie.

Dotarłam do badań, które wskazują na to, że prace domowe wywołują u uczniów negatywne emocje. Czy to znaczy, że powinniśmy z nich zrezygnować?
Pewnie większość nauczycieli – i ja również – ma złe wspomnienia związane z koniecznością odrabiania prac domowych. Osobiście uważam, że problem prac domowych nie polega na tym, że one w ogóle istnieją, ale na tym jaka jest ich forma. Zadanie domowe powinno być na tyle atrakcyjne w swojej formie, by uczniowie chcieli je wykonać. Oczywiście, każdy powie, że „łatwo mówić”. Jednak jest to możliwe. Odpowiednia forma może sprawić, że uczniowie, czy też – jak to jest w moim przypadku – studenci, przestają mieć tak wielki problem z tym, że w ich wolnym czasie jest do wykonania jakieś zadanie. 
Od kilku lat, wraz z koleżanką, wykorzystujemy metodę określaną mianem gamifikacji. Nasze zajęcia bardzo często mają formę wykładów, co sprawia, że tradycyjnie jedyną chwilą, w której studenci wracają w domu do treści poruszanych podczas zajęć, jest ostatnia noc przed egzaminem. Ponieważ ten sposób uczenia się (a właściwie nieuczenia) funkcjonuje niezmiennie od lat, można by założyć, że najgorszą rzeczą jaką może sobie wyobrazić student byłoby to, że na przedmiocie opartym na wykładach będzie otrzymywał do wykonania zadania domowe. Okazuje się jednak, że gamifikacja, która w tym przypadku oparta jest niemal wyłącznie na zadaniach wykonywanych przez studentów w wolnym czasie, sprawia, że studenci nie mają problemu z wytworzeniem odpowiedniej motywacji do wykonywania tych zadań. Jak to się dzieje? Otóż odpowiedź tkwi w tym, czym jest gamifikacja. Polega ona z grubsza na takim przemodelowaniu przedmiotu, by przypominał on w swojej strukturze grę, np. grę fabularną. Jest to gra, w której studenci czy uczniowie stają się graczami. Gracze do wykonania mają misje, różne misje – owe właśnie zadania domowe. Czasem są one bardzo niestandardowe jak na standardy akademickie (np. narysowanie postaci przestępcy z charakterystycznymi dla dziewiętnastowiecznych uczonych cechami jego budowy), a czasem zwyczajne (np. napisanie eseju). Za wykonywanie zadań gracze otrzymują wirtualne dobra (punkty, przedmioty itp.), które są miarą poprawności wykonania zadania i mierzą postęp gracza w grze. Gracze znają z grubsza przebieg gry, wiedzą, jakie czekają ich misje, kiedy się one rozpoczną, a kiedy skończą, nie znają tylko ich treści. Gracze wiedzą również jaki wynik w grze muszą osiągnąć, by wywalczyć odpowiednią notę z przedmiotu lub by uzyskać jakieś warte wysiłku, czasu i pracy korzyści, takie jak zwolnienie z egzaminu, możliwość wymiany na nim pytań czy też możliwość podejścia do egzaminu zerowego. To bardzo skrótowy opis, ponieważ liczba elementów znanych ze świata gier, którą można wykorzystać w gamifikacji jest przeogromna. Jednym jeszcze istotnym elementem gamifikacji jest fabuła, która stanowi rodzaj opowieści, wokół której toczy się gra. Do fabuły dopasowuje się nazewnictwo elementów gry, tak by wszystko było spójne ze sobą. Fabuła ma wciągnąć graczy, natomiast nagroda, którą może zdobyć gracz za przejście gry, ma być motorem jego działań. Gamifikacja sprawia, że przedmiot przestaje przypominać czystą naukę, a staje się przyjemnością. 
Ale to przecież niekoniecznie musi być gamifikacja. Jeżeli zadanie domowe będzie wyzwaniem dla tego młodego człowieka, będzie wymagać od niego kreatywności, będzie oparte na rozwiązaniu jakiejś zagadki, będzie pozwalało mu na skorzystanie z dowolnej formy, to on chętnie zaangażuje się w wykonanie takiego niestandardowego ćwiczenia. Może nie od razu i może nie każdy uczeń, ale na pewno zauważalny będzie wyraźny wzrost motywacji.

Wspomniał Pan o korzyści, którą muszą widzieć młodzi ludzie. Czy korzyścią nie jest zdobycie wiedzy? 
Dla dorosłego człowieka wydaje się oczywiste, że dana wiedza czy umiejętność może być przydatna w przyszłości. Ale znowuż nawet nie dla każdego dorosłego posiadanie wiedzy jest wartością samą w sobie. Zmierzam do tego, że lubimy czuć, że to czego się uczymy, czemu poświęcamy dużo czasu, da nam określone korzyści. Z punktu widzenia działania mózgu wydaje mi się to oczywiste. Mózg podczas procesu podejmowania decyzji o tym, czy wykonać dane działanie, a tym bardziej złożone, dokonuje bilansu korzyści i strat, dokonuje obliczeń dotyczących nakładu pracy. I jeśli bilans ten nie wypada na korzyść zysków, motywacja nie powstaje. Jeśli nie zobaczymy w swojej głowie odpowiednich korzyści, mózg nie wytworzy motywacji. A dziecko czy nastolatek nie zawsze potrafi dostrzec korzyści płynących z uczenia się danego przedmiotu. Stąd często zadaje pytanie: A do czego to będzie potrzebne? Dzieje się tak dlatego, że jego kora przedczołowa nie jest jeszcze w pełni rozwinięta, a to ten obszar wydaje się kluczowy w procesie decyzyjnym. Dlatego nauczyciel powinien pokazać wyraźną korzyść z uczenia się przedmiotu i to jest też pierwszy krok do tego, żeby zmotywować ucznia do nauki. Im większa będzie wizja tej korzyści, tym większa będzie motywacja. Dodatkowo dla wzmocnienia efektu można czasem pokazać straty jakie może przynieść brak danej wiedzy. Natomiast moje doświadczenia szkolne mówią mi, że bardzo często słyszymy: „Jak się nie będziesz uczył, to nie zdasz”. Jest to próba motywowania oparta na wizji kary. Może i spełnia swoją rolę, ale chwilowo. A na pewno nie rozwinie pasji uczenia się. My nauczyciele, za mało uwagi poświęcamy pokazaniu korzyści. Jeden z moich nauczycieli matematyki (zresztą jeden z lepszych jakich miałem) zwykł odpowiadać na pytanie: „Do czego nam to się przyda?” słowami: „No jak to do czego? Do rozwiązywania zadań”. Jego to bawiło, a nas po którymś kolejnym razie już nie bardzo.

Giacomo Rizolattie odkrył neurony lustrzane, o których mówi się, że umożliwiają komunikację emocji i przewidywanie zachowania członków grupy. Czy wiedza o neuronach lustrzanych przydaje się w edukacji?
Neurony lustrzane to zjawisko odwzorowywania aktywności mózgu innej osoby w mózgu obserwatora. W szeroko pojętej edukacji wykorzystujemy to od zawsze. Obserwując osobę wykonującą jakąś czynność i pobudzając aktywność neuronów ruchowych w naszym mózgu, symulujemy wykonanie tej czynności by potem móc ją wykonać samodzielnie. Wyobrażanie sobie w myślach, niejako na sucho, wykonywanie określonej czynności, pozwala nam się jej uczyć. To właściwie było zawsze oczywiste, teraz po prostu znamy podłoże tego zjawiska. Wiemy również z doświadczenia, ale również badań, że to samo dotyczy emocji. Nauczyciel uśmiechnięty, pogodny, zadowolony z bycia w klasie z uczniami, powoduje, że ten nastrój się udziela. Jeśli praca nad danym zadaniem, przedmiotem, sprawia nauczycielowi radość, mózg ucznia odwzorowując ten stan w swoim mózgu, dostarcza chcąc nie chcąc sobie informacji, że to czym zajmuje się nauczyciel sprawia mu radość, a więc jest czymś co obiektywnie sprawia radość. Jego mózg zupełnie inaczej postrzega wówczas pracę w ramach lekcji. Jeśli komuś sprawia to radość, to może to jest fajne. Wiele razy zupełnie nieświadomie obserwując innych, zadowolonych z robienia czegoś, posiadania czegoś, sami zaczynamy pragnąć to zrobić czy wejść w posiadanie tego czegoś. Na tym oparte są choćby reklamy telewizyjne. To samo możemy i powinniśmy wykorzystywać w uczeniu. Nasze dobre nastawienia do pracy, pasja, sprawiają, że dla osób nas obserwujących, uczenie się zaczyna być postrzegane jako coś fajnego. Każdy nauczyciel, który posiada pasję, zapewne to potwierdzi. Ważne jest, by uczeń to zobaczył – to klucz do pobudzenia jego neuronów lustrzanych. Dlatego nauczyciel powinien skupić na sobie uwagę (ciekawostką czy innym przykuwającą uwagę aktywnością) i jednocześnie musi rysować się na jego twarzy radość. Wówczas skupiony na osobie nauczyciela mózg ucznia, niejako automatycznie, bo na tym polega empatia, odwzoruje jego stan emocjonalny, który będzie jednym z argumentów przy podejmowaniu decyzji o pracy nad nauką przez ucznia. To się stanie automatycznie. Ale nie oznacza to, że może się to odbywać mechanicznie. Mózg odkryje fałsz, jeśli emocja będzie nieszczera. 
W tym kontekście wydaje się, że bazując na nauczaniu na odległość, z wykorzystaniem Internetu, tracimy możliwość wykorzystania tego cennego zjawiska leżącego u podłoża przekazywania młodym ludziom pasji. Oczywiście technologie mogą z drugiej strony posiadać – i posiadają jak wiemy – walory motywujące do pracy, których nauczyciel nie zawsze jest w stanie zaoferować swoim uczniom.

Czy neurony lustrzane umożliwiają odczytywanie intencji drugiego człowieka?
Wydaje się, że to jest jedną z podstawowych korzyści z posiadania neuronów lustrzanych. System ten jest złożony. Tak, jak już mówiliśmy, służą one do odczytywania emocji, naśladowania ruchów, ale również bardziej głębokiego wczytania się w czyiś umysł. No i właśnie na bazie tej analizy, którą nazywamy teorią umysłu, odczytując mimikę, gesty, zachowania, przewidujemy to, co może dziać się w głowie tej drugiej osoby, zarówno w sferze emocji, motywacji, jak i jego procesu decyzyjnego, a więc również różnego rodzaju procesów poznawczych. I dzięki temu możemy poznać co dana osoba w tej chwili myśli i jakie są jej intencje, a także zrozumieć jej zachowanie. 

Czy dlatego właśnie jest ważne, żeby nauczyciel budował dobre relacje z uczniami i prezentował pozytywne nastawienie do swojej pracy? 
Tak. Dobra relacja pomiędzy nauczycielem a uczniem to podstawa. Mając do nas zaufanie, uczeń traktuje to, co robimy, jak się zachowujemy, jak również nasze motywacje czy po prostu słowa, które wypowiadamy jako wskazówkę, drogowskaz. Dzieje się to automatycznie pod warunkiem, że uczeń nam ufa. Wówczas dochodzi – tutaj oczywiście przesadzę z punktu widzenia nauki – do wdrukowania naszych postaw w umyśle ucznia. A możliwe jest to właśnie dzięki m.in. neuronom lustrzanym. 
Poza tym niezwykle ważną rzeczą jest pokazanie korzyści z uczenia się naszego przedmiotu. Bo motywacja do pracy musi powstać jednak wewnątrz mózgu ucznia samodzielnie. Nie wystarczy, że nam będzie się chciało. To będzie wskazówka, ale niekoniecznie rozstrzygająca do tego, że uczniowi też będzie się chciało. Jego mózg musi mieć pewność, że warto. Musi poznać korzyści, musi je zobaczyć swoimi oczami, swoim mózgiem. A im człowiek jest młodszy tym niejako wymaga by bardziej dosłownie, naocznie, niemal fizycznie pokazać mu te korzyści, które płyną z uczenia się. Abstrakcyjne „ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz” mogą nie wystarczyć.

No właśnie! A jaką przyjąć metodę? Kija czy marchewki? 
Zdecydowanie metodę marchewki. Jak najmniej kija, dlatego że wszystkie nasze działania polegające na chęci zdobycia nagrody, czyli tej marchewki są bardziej trwałe, niż zachowania, które kształtują się w celu uniknięcia kary. Można powiedzieć, że jesteśmy zaprogramowani do szukania korzyści, a unikanie kar to tylko korekta, której dokonujemy, szukając korzyści. Jeśli – jak mówi większość nauczycieli – chcielibyśmy, aby uczniowie uczyli się dla samej wiedzy, dla przyjemności itd., a nie dlatego, że muszą, źródłem motywacji musi być marchewka – korzyść, a nie kij – wizja kary.

Znalazłam inne badania, z których wynika, że negatywne emocje pozwalają nauczycielom utrzymać dyscyplinę w klasie. 
To wydaje się oczywiste – kara i jej wizja działają dyscyplinująco. Negatywne emocje i motywacja oparta na takich negatywnych emocjach jak strach są niezwykle skuteczne. Ale działają one destrukcyjnie, jeśli chodzi o możliwość wytworzenia trwałej motywacji opartej na potrzebie zdobywania wiedzy i umiejętności. 

Ale jeśli uczeń nie pracuje, nie pisze prac, nie odrabia prac domowych?
Ocena jest miernikiem tego, jak oceniamy pracę ucznia. Jeśli będziemy prezentować swoje niezadowolenie – złe emocje wobec ucznia, to efekt może być taki, że jego negatywny stosunek do przedmiotu stanie się pochodną emocji, które w jego stronę wysyłamy. Emocja rodzi emocję – nasze złe emocje mogą rodzić jego złe emocje – do nas. A emocje, które my wzbudzamy osobiście w uczniu, przekładają się na te jakie ma do przedmiotu, którego uczymy. Pozytywne emocje sprzyjają motywacji do nauki takiego przedmiotu, a negatywne działają zupełnie odwrotnie. 
Dobry nauczyciel może świetnie nauczyć zagadnienia, które powszechnie uważane jest za nudne, tylko dlatego że ma charyzmę, superosobowość, wzbudza pozytywne emocje w swoich uczniach. A gdy ktoś nie lubi swojej pracy i odreagowuje swój stosunek czy negatywne emocje z życia prywatnego – może zniechęcić uczniów do nauki nawet najciekawszego przedmiotu. Wszystko czego doświadczamy przechodzi przez filtr naszych emocji. A te wpływają na nasze zachowanie. Tym bardziej, im jesteśmy młodsi. 
Można i trzeba być wymagającym, będąc jednocześnie przyjacielem swoich uczniów. 

Jak ocenia Pan nasz projekt „Zdolni z Pomorza”?
Taka inicjatywa jest oczywiście cenna. Ale uważam, że każdy uczeń jest zdolny i każdy ma duży potencjał. Każdy jest w stanie dokonać rzeczy wielkich i mieć doskonałe wyniki w nauce. Nie tylko cechy wrodzone mają wpływ na nasze wyniki w nauce. Również środowisko – wychowanie. Pewne, czasem naprawdę niewielkie różnice osobnicze w momencie rozpoczęcia życia, z wiekiem mogą prowadzić do poważnych różnic, jeśli chodzi o zdolność do nauki itd. Decyduje w dużej mierze to, czy na początku drogi szkolnej, wytworzymy w dziecku trwałą chęć poznawania, nawyk zadawania pytań i szukania odpowiedzi, czy wykorzystamy naturalną ciekawość – coś, co nazywamy w biologii napędem eksploracyjnym, czy też pozwolimy jej wygasnąć. Osobiście uważam, że każdy uczeń ma taki sam potencjał. Dlatego niezależnie od wsparcia najzdolniejszych, ważne jest, aby skierować działania również w tym kierunku, uczniom mającym gorsze osiągnięcia, dać szansę stać się tymi zdolnymi. To jest oczywiście wielotorowy proces, ale niezwykle ważne jest coś, co każdy z nas może zrobić sam w swojej klasie, czyli zmienić nastawienie do naszych podopiecznych. Często popełniamy błąd polegający na tym, że nie wierzymy w naszych uczniów. A z badań wynika, że wiara w możliwości tego, kim się opiekujemy, jest kluczowa. Jeśli nie wierzymy w naszych uczniów, to osiągają oni gorsze wyniki, a ich postęp przebiega w wolniejszym tempie. Jeśli w nich wierzymy, stają się lepsi.

Rozmawiała Urszula Abucewicz

fot. Olimpia Goździewicz