Przygoda intelektualna na całe życie – nasza rozmowa z prof. Tomaszem Szarkiem

Tomasz SzarekJedną z form wsparcia uczniów biorących udział w projekcie „Zdolni z Pomorza” jest opieka mentorska, polegająca na indywidualnej opiece uzdolnionego ucznia przez wybitnego naukowca. O mentoringu, fascynacji książkami i stawianiu sobie wciąż nowych wyzwań - rozmawiam z Tomaszem Szarkiem, profesorem matematyki na Uniwersytecie Gdańskim oraz doktorem filozofii, z którym udało mi się spotkać tuż przed jego wyjazdem do Holandii, gdzie razem z Sandrem Hille pracuje nad książką o teoriach procesów markowowskich. 

Jest Pan od samego początku zaangażowany w projekt „Zdolni z Pomorza”, obejmując opieką mentorską najzdolniejszych matematyków. 

Uważam, że jako nauczyciel akademicki mam pewne powinności społeczne. Myślę, że powinienem robić coś sensownego. Mentoring umożliwia mi to, a ponadto jest formą bycia z drugim człowiekiem. Pochodzę z Sędziszowa Małopolskiego, małego miasteczka spod Podkarpacia, i jako młody chłopak dałbym bardzo wiele, gdybym mógł wówczas poznać środowisko akademickie i rozmawiać z ludźmi, którzy pracują na uniwersytecie. Myślę, że dla tych młodych ludzi jest to szansa, żeby mogli zobaczyć, jak pracuję i jak myślę. Inwestycja w edukację jest w dalszym ciągu najpewniejszą lokatą. I choć nie zwróci się za szybko, to w dalszej perspektywie widać jej efekty.

Jakie osoby Pana ukształtowały?
Zacznę od domu rodzinnego, bo bardzo długo nie było w nim telewizora, ale rodzice mieli za to tysiące książek. I zarazili mnie pasją do czytania. A potem spotkałem na swojej drodze i spotykam w dalszym ciągu ludzi, którzy wciąż mają na mnie wpływ, jak choćby środowisko, w którym się obracam, bo jeżeli na co dzień przedmiotem rozmowy jest twierdzenie, jakie udało się udowodnić albo książka, którą przeczytałem – a nie pieniądze, które wydałem na samochód czy na jacht, to to w dużym stopniu kształtuje człowieka i jest pewnym luksusem w dzisiejszych czasach. Obracam i obracałem się w takim środowisku – wśród moich mistrzów – matematyków. Ale też studiowałem filozofię. 

Poznał Pan śp. księdza Józefa Tischnera?
Tak. Studiowałem u Tischnera. Odwiedziłem go, gdy już chorował, a jego postawa była dla mnie nieprawdopodobną lekcją życia. My sobie tak rozkosznie i bezproblemowo żyjemy, a przecież śmierć jest częścią życia i w pewnym momencie musimy sobie odpowiedzieć na fundamentalne pytania: „Po co to wszystko?”. I jeśli człowiek umie udzielić na nie odpowiedzi, a Tischner umiał – to czego chcieć więcej? 

Życie naukowca może być pasją?
Kiedy szedłem na studia, nie wiedziałem, co chcę robić. Miałem nawet studiować za granicą, ale w końcu zmieniłem zdanie. Poszedłem na studia na Politechnikę Śląską, bo studiował tam mój ojciec, bo moja matka jest Ślązaczką i wtedy prof. Karol Baron, z którym dzisiaj jestem w przyjaźni, namówił mnie, żebym jednak studiował matematykę na uniwersytecie i tak też zrobiłem. Powiedział do mnie: „Tu jest taki człowiek, który wyrasta ponad nas wszystkich, prof. Andrzej Lasota. U mnie też zrobisz doktorat, a Lasota? Lasota, to jest Twoje życie”. Niewtajemniczonym tylko dodam, że to było jedno z największych nazwisk polskiej matematyki powojennej. Zaprzyjaźniłem się z nim i zacząłem pracować z naprawdę wielkim matematykiem. A gdy jeszcze udało mi się rozwiązać kilka postawionych przez niego i wybitnego amerykańskiego matematyka Jamesa Yorke’a problemów, pomyślałem, że mogę zostać matematykiem, choć ciągnęło mnie do literatury i czytania. I jeśli ktoś mnie pyta, jak wyobrażam sobie niebo, to jest ono wypełnione mnóstwem książek, a ja sobie siedzę, czytam i jestem szczęśliwy. 

Tomasz Szarek przy biurku

Co myśli Pan o podziale ludzi na humanistów i „ścisłowców”?
Uważam, że matematyk powinien być humanistą, a humanista powinien umieć liczyć. Boję się tych podziałów. Wydaje mi się, że nad pewnymi rzeczami trzeba po prostu bardzo ciężko pracować. 
Czytałem niedawno wywiad z Ireneuszem Kanią, wybitnym tłumaczem i ten na pytanie dziennikarki, iloma językami włada, odpowiada, że biegle dziesięcioma, a przy pomocy słowników – tłumaczy z dwudziestu pięciu. „To musi Pan mieć wybitne zdolności językowe” – pyta rozmówczyni. A on na to: „Nie, proszę Pani, zdolności językowe mam jakie mam, może odrobinę bardziej niż przeciętne, ale to nie ma znaczenia, po prostu umiem ciężko pracować”. I myślę, że to jest fundamentem dzisiejszej cywilizacji, umieć ciężko pracować. Jestem przekonany, i myślę tu o młodych ludziach, że efekty przyjdą same. Oni muszą ciężko pracować. Innego rozwiązania nie widzę. 

A czy należał Pan do elity uzdolnionych uczniów w klasie?
Chodziłem do klasy w ogólniaku, która była nadzwyczaj zdolna, a ja byłem raczej średnim uczniem. Miałem swój świat – to prawda. Ale kiedy patrzę na kariery moich kolegów – to ze smutkiem mogę powiedzieć, że nie realizują potencjału, który w nich był. Bo zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że może nam się nie udać. I to jest ten element wolności, kiedy młody człowiek odkrywa, że ma w sobie jakieś talenty i zaczyna na nich siebie budować. 

A jeszcze jak pokaże się młodym ludziom, że to może być fascynujące…
Pracuję z trzema uczniami z projektu „Zdolni z Pomorza”, i to, co robię, to staram się ich zarażać pasją, bo w moim mniemaniu, nie chodzi o to, żeby zdobyli przy mnie wiedzę czy nabrali pewnych manier. Chcę im pokazać, że to może być fantastyczna przygoda intelektualna na całe życie. 
Ale też często powtarzam, że wielka nauka nie powstaje w głowie, ale na jej antypodach, że trzeba mieć twardą pewną część ciała, żeby po prostu siedzieć i pracować. Widziałem jak pracują najzdolniejsi, ale proszę mi wierzyć, za ich sukcesami idzie ciężka praca. 

Jak to wszystko pogodzić? Profesura z matematyki, doktorat z filozofii, a jeszcze rodzina i obowiązki rodzicielskie?
Trzeba mieć w sobie dyscyplinę, którą udało mi się wypracować. Wstaję bardzo wcześnie rano, sześć godzin snu mojemu organizmowi wystarcza, a gdy wstaję wcześnie, to mam dwie godziny na pomyślenie. Staram się też wykorzystywać te okruchy czasu w taki sposób, żeby maksymalnie wykorzystać dany mi czas. 

Mówi Pan o ciężkiej pracy i dobrej organizacji. A gdybym zapytała się o Pana talent, to co by to było? Oczywiście oprócz talentu do matematyki…
Jeżeli mam jakiś talent, to jest nim łatwość nawiązywania kontaktu z drugim człowiekiem. Myślę, że to jest bardzo ważne i bardzo cenne w świecie matematycznym. Ale też przekłuty balon ambicji. Nie boję się przyznać, że czegoś nie wiem. No i jest jeszcze entuzjazm, entuzjazm do życia – prostego, ale dynamicznego. Mnóstwo spraw, dużo zainteresowań i tyle książek, które chciałbym zdążyć przeczytać.

Bo może wszystko Pan osiągnął?
Nie, to nie tak. Ciągle można sobie wyznaczać nowe cele. Myślę, że są dwie możliwości, albo będziemy próbować odcinać kupony od tego, co zrobiliśmy, albo staniemy przed nowym problemem matematycznym jako tabula rasa, wyzerowani z ambicji. Stawiam sobie ciągle nowe wyzwania i kiedy zaczynam się czymś zajmować, to nie jestem mądrzejszy niż mój student. Może mam większe doświadczenie, ale zaczynam od nowa i to mi sprawia przyjemność. Ale też mogę siedzieć, rozwiązywać jakiś problem, i wydawać by się mogło, że w tej chwili moja osoba i moje myślenie jest centrum wszechświata, i nagle przychodzi moja córka Martyna i mówi: „Tati, pogadamy”?

Ma Pan córkę?
Córkę i syna. Syn jest starszy, skończył studia i zabiera się za dorosłe życie, podejmując decyzje już na własną odpowiedzialność. 

Akceptuje Pan jego wybór?
Interesuje mnie bardziej, jak żyją ludzie, a nie jakie mają ambicje i jak je realizują. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł stać na drodze do szczęścia własnego syna tylko dlatego, że mam jakąś wizję na jego życie. Anthony de Mello napisał kiedyś taką anegdotę, w której mama z dwójką dzieci spotyka się z koleżanką, której dawno nie widziała i na pytanie: „Ile lat mają Twoje dzieci?” ta odpowiada: „Prawnik cztery lata, a lekarka sześć”. Oczywiście można dziecku zaplanować życie, tylko ono ma prawo nas zaskoczyć, żyć tak, jak chce. I rzecz jasna powinniśmy wkroczyć, gdy widzimy, że dziecko może sobie zrobić krzywdę, ale w przeciwnym razie trzeba zaakceptować jego wybory. To jest jego życie, jego świat. 

Skąd w Panu taka pozytywna energia?
Nie wiem. Może stąd, że próbuję żyć naprawdę? Jako dziecko przejmowałem się wieloma drobnostkami, a teraz mam globalny ogląd rzeczywistości. 

Nauczył się Pan dystansu?
Troszkę tak. Poza tym, gdy spojrzę na to wszystko, co mam, to odnoszę wrażenie, że mam więcej niż potrzebuję. Sokrates chodził po targu i patrzył, jak wiele jest rzeczy, które nie są mu do niczego potrzebne. W życiu matematyka potrzebna jest pewna asceza i odwaga bycia innym. Materialnie mam znacznie więcej niż myślałem, że kiedykolwiek będę miał. Chcę żyć naprawdę, chcę żyć uczciwie, robić to, co lubię. A poza tym otaczam się ludźmi, którzy są podobni do mnie i to też daje mi pozytywną energię do życia. 

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Urszula Abucewicz

Tomasz Szarek stoi na korytarzu

Fot. Uniwersytet Gdański/Piotr Pędziszewski