Rafał Kosik i jego sposób na życie

Rafał KosikAutor serii „Felix, Net i Nika” – Rafał Kosik – był głównym bohaterem spotkania autorskiego, które odbyło się w ramach projektu „Zdolni z Pomorza” w Pedagogicznej Bibliotece Wojewódzkiej w Gdańsku. Czym jest dla niego pisanie? Z czego czerpie satysfakcję? Jakim był nastolatkiem? I jaki jest jego przepis na sukces? Rozmawiam z twórcą bestsellerowych powieści.

Nie przepada Pan za spotkaniami z czytelnikami. Trudno było Pana zaprosić na spotkanie… 
Myślę, że pisarz powinien pisać. Reszta to tylko dodatek. Choć u wielu pisarzy te proporcje są odwrócone i pisanie staje się dla nich dodatkiem. A ja wolę po prostu siedzieć i pisać, żeby móc opowiedzieć jak najwięcej historii. Ale też wiem, że spotkania z Czytelnikami są potrzebne, bo są bardzo inspirujące. Młodzi ludzie zadają mi mądre pytania. Wiem, co poprawić w mojej pracy.

Pisanie jest dla Pana powołaniem?
Tak, bo co innego może stanowić motywację do pisania? Nie do końca rozumiem, dlaczego ktoś zostaje pisarzem, jeśli nie odczuwa potrzeby pisania. Ileż można się zmuszać?  Podobnie jest przecież z malowaniem obrazów czy  choćby podróżowaniem. Myślę, że każdy pisarz pisze z powołania. Choć znam takich autorów, którzy wydają książki rzadko, co kilka, a nawet kilkanaście lat. Ja tak nie potrafię. Gdy nie piszę kilka dni, nie mogę znaleźć miejsca, bo przecież historia czeka na opowiedzenie.  

Spotkałam takie określenie, że Pana twórczość to są chipsy z bekonem. 
Istnieje takie przeświadczenie, że dobra literatura to taka, którą się pisało kiedyś. A ja piszę takie książki, w których jest dużo akcji, mało opisów, wielu bohaterów i dla kogoś kto jest wychowany na Konopnickiej czy Orzeszkowej – to taka literatura wydaje się fast foodem literackim. Moim zdaniem czasy się zmieniły – trzeba pisać tak, żeby ktoś chciał przeczytać stworzoną przeze mnie fabułę. 
Można też powiedzieć, że książka ma warstwy jak Shrek (śmiech), i że jest warstwa wartości, którą ta książka niesie, i warstwa narracji, czyli sposób opowiadania. Staram się opowiadać w taki sposób, aby zaproponować czytelnikowi nowoczesny „interfejs”, czyli formę opowieści – a jednocześnie, żeby była mądra w środku. 

Mówi się też o tym, że młody czytelnik jest bardziej wymagający od dorosłego…
Dorosły czytelnik potrafi więcej wybaczyć. Gdy pojawią się jakieś nużące czy nieinteresujące go treści – przekartkuje kilka stron książki i będzie czytać dalej, młody człowiek inaczej, raczej odłoży taką lekturę na bok, przestanie ją czytać niż podąży za historią dalej, gdy straci zainteresowanie akcją.

Często w wywiadach mówi Pan o sobie, że jest małym chłopcem. Czy rzeczywiście tak jest?
Najbardziej nie lubię codziennych czynności. Na szczęście ogarnia je moja żona, a ja zajmuję się takimi przyziemnymi sprawami jak zarabianie pieniędzy. 
Jak funkcjonuję na co dzień? Piszę najczęściej w nocy, ponieważ pisanie wymaga spokoju i skupienia. Wiele osób myśli, że pisanie można w każdej chwili przerwać, po chwili do niego wrócić i pisać dalej. Tak się nie da, ponieważ w głowie powstaje cała konstrukcja, która musi zostać precyzyjnie przelana na papier. Jak się to przerwie, to wszystko się rozsypuje, trzeba to od początku składać i muszę przyznać, że jest to przyczyną pewnych nieporozumień towarzyskich, ponieważ kiedy piszę, nie odbieram telefonów, nie odpisuję od razu na mejle. To, że muszę przez długi czas utrzymywać skupienie, powoduje, że wszystko co mnie rozprasza, zaczyna mnie denerwować, wtedy staję się nieprzyjemny dla otoczenia.

Jaki Pan był w wieku 12, 13 lat? 
W moich książkach staram się przemycać pewną myśl: "jeśli myślisz, że z Tobą jest coś nie tak, to tak naprawdę z nimi jest coś nie tak". Gdy byłem nastolatkiem miałem problem, żeby znaleźć swoje miejsce wśród rówieśników, nie lubiłem np. grać w piłkę. Zastanawiałem się, dlaczego wszyscy tak bardzo lubią to robić? Powoli odkrywałem, dlaczego nie pasuję do tego systemu i do tego świata.

Był Pan zbuntowany? 
Na pewno nie byłem prymusem, bo szkoła mnie nudziła. Najważniejszym moim zeszytem zawsze był brudnopis. Rysowałem w nim komiksy, których bohaterami byli koledzy i koleżanki, czytali je potem i głośno się śmiali, więc myślę, że było to w miarę zabawne. Pod tym względem byłem medialny. I nawet zapracowałem sobie na szacunek, bo wszyscy wiedzieli, że mogę ich przedstawić pozytywnie, ale też negatywnie. W ten sposób więc oswoiłem szkolnych łobuzów. 

No właśnie. Ma Pan zdolności manualne, jest Pan grafikiem, zaprojektował Pan większość swoich okładek – a jednak wybrał Pan słowo jako formę wyrazu.
Słowem można nie tyle co doprecyzować – ile „pouruchamiać” taki rodzaj wyobraźni, która wymusza stworzenie sobie pewnej historii w głowie. Zdekodowanie ciągu znaków wymaga od mózgu konkretnej pracy. Każdy z tego szczątkowego opisu może sobie stworzyć świat we własnej wyobraźni, dlatego wolę literaturę od innych rodzajów sztuki. 

Kiedy pojawiły się w Pana życiu książki?
Bardzo wcześnie, nie pamiętam dokładnie. Pamiętam tylko, że tata zaczynał je czytać, a ja je kończyłem. Książki były rodzajem jakiegoś eskapizmu, ponieważ nie odnajdywałem się w relacjach z rówieśnikami. 

U Marka Kamińskiego stąd się właśnie wzięło podróżowanie – z książek…
A ja zapragnąłem je pisać. Piszę odkąd pamiętam. Jak tylko nauczyłem się pisać, stworzyłem kilka opowiadań, oczywiście do niczego się nie nadają, takie zapiski, szczątki historii. Natomiast znam pisarzy, którzy swoją pierwszą powieść napisali w wieku 50 lat, a potem już nic, a ja pisałem od zawsze. Pomyślałem, że może to będzie sposób na życie? I jakoś przypadkiem się udało. 

Słyszałam, że kiedy zakładaliście wydawnictwo to wiele osób próbowało Was zniechęcić, snując pesymistyczne scenariusze, że na pewno Wam nie wyjdzie i na pewno zbankrutujecie. A tu okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Ten pomysł doprowadził Was gdzie indziej. Możecie robić to, co kochacie. 
To oczywiście wszystko prawda, ale i nas w pewnym momencie dogania rzeczywistość, czyli sprawdzanie faktur i segregowanie umów. Po prostu trzeba się ożenić (śmiech).
Mówiąc poważnie, trzeba być świadomym, że jest to efekt kilkunastoletniej ciężkiej wręcz mozolnej pracy a sukces nie przychodzi od razu. I nawet jeśli otrzymuję nagrody, Czytelnicy kupują książki, mogę podróżować i pisać  – to jest to okupione naprawdę ciężkim wysiłkiem. Trzeba też mieć cierpliwość, bo sukces przychodzi dopiero po latach, ale warto na niego pracować.
Choć z drugiej strony, czy rzeczywiście ten sukces jest wyznacznikiem szczęścia? Czy dwadzieścia lat wyrzeczeń i poświęceń, aby zaznać splendoru, sławy i popularności, przyniesie na końcu spełnienie?  Coraz częściej dochodzę do wniosku, że codzienne szczęście bywa ważniejsze i to, żeby żyć tak jak się chce. Lepiej przeżyć te lata w miarę szczęśliwie, bo przecież sukces może nadejść, ale równie dobrze może nas ominąć. Może więc lepiej mieć chociaż dobre wspomnienia? 

W swoich książkach oswaja Pan inność, Pana bohaterowie są inni, wyróżniają się na tle innych uczniów, tak jak nasi uczestnicy projektu „Zdolni z Pomorza”. Czy myśli Pan, że dar wyjątkowości niesie również jakieś ograniczenia? Albo nieumiejętność radzenia sobie w życiu?
Cechą ludzi genialnych jest roztargnienie, dobrym przykładem jest Einstein, który miał problem z kompletowaniem skarpetek. Rzeczywiście, jeśli ktoś jest bardzo dobry w jakiejś dziedzinie – w innej może być gorszy. Mogą to być np. stosunki międzyludzkie. Myślę też sobie, że te osoby, które muszą się skupiać na swojej pracy, mogą być nieprzyjemni dla otoczenia, bo nie chcą, żeby ktoś inny im w tej pracy przeszkadzał, a przez to mogą być odbierani w negatywny sposób. 

Ale też w swoich książkach porusza Pan problem Zespołu Aspergera. 
Nie przyświecała mi żadna idea czy też misja rozpropagowania wiedzy na temat Zespołu Aspergera. To wyszło przy okazji. Dla mnie jako autora historii, ważniejsze było to, aby w powieści pojawił się bohater, który ma jakąś wyróżniającą go cechę.  Przez to staje się o wiele bardziej ciekawszą postacią niż przeciętny pierwszy lepszy człowiek. To było dla mnie punktem wyjścia. A przy okazji tłumaczę, czym jest Zespół Aspergera. Jak się ten problem przeanalizuje to się okaże, że prawie wszyscy wybitni naukowcy i twórcy cierpią na jakąś dysfunkcję, np. autyzm czy też Zespół Aspergera. Akurat Asperger idzie w parze z naukami ścisłymi. 

Wraca Pan do swoich powieści? Czyta je ponownie?

Nie, jest ich zbyt dużo, żebym do nich wracał. Tomów Felixa jest 14, myślę, że rok zajęłoby mi ich przeczytanie. Choć zrobiłem jeden wyjątek. Kilka miesięcy temu przeczytałem ponownie pierwszy tom i wprowadziłem kilka poprawek, bo książka trafiła na listę lektur i musiałem ją trochę uwspółcześnić. Od 2004 roku trochę się zmieniło, jeśli chodzi o rozwój technologii. Musiałem na przykład usunąć takie słowa jak discman czy modem na kablu, bo dziś takich urządzeń już się nie używa. Teraz się boję jak nauczyciele będą oceniać testy szczegółowe. Jedna z moich poprawek dotyczy sformułowania „coś wielkości discmana”, którą zmieniłem na „coś wielkości książki”, więc jeśli uczniowie będą czytać różne wydania – mogą być niespodzianki na klasówkach. Ale innych większych zmian nie było. 

No właśnie. Czy wyobraża Pan sobie, że uczniowie będą mieli klasówki z Pana książek?
Mam swoją opinię na ten temat, np. Szymborska za analizę maturalną swojego wiersza otrzymała 30 proc., więc ledwo zdała maturę. Obawiam się, że gdybym miał teraz pisać jakiś test dotyczący moich książek to najprawdopodobniej bym go oblał, bo wiele rzeczy już nie pamiętam. 
Na Polconie [Ogólnopolskim Konwencie Miłośników Fantastyki – przypis red.] zorganizowano konkurs wiedzy z moich książek, pytania szczegółowe były zadawane w sposób losowy, w konkursie brało udział kilka drużyn, w jednej z nich byłem ja z moją żoną – Kasią, która jest redaktorem serii. I zajęliśmy przedostatnie miejsce z 15 drużyn. 
Pewnie powinienem sobie robić jakieś streszczenia, żeby potem łatwiej wrócić do przygód Felixa, Net i Niki, bo najczęściej jest tak, że kiedy kończę pisać książkę i wprowadzam następne poprawki to zaczynam myśleć o następnym projekcie. Ale muszę się też do czegoś przyznać, że kiedy mam problemy z pamięcią i nie mogę sobie przypomnieć jakichś szczegółów wtedy posiłkuję się informacjami z… Wikipedii. 
Często też łapię się na tym, udzielając kolejnych wywiadów czy przy okazji działań promocyjnych związanych z wydaniem nowej książki, że nie pamiętam dokładnie, co przydarza się Felixowi w innych częściach, bo w głowie mam kolejne opowieści i przygody, które czekają na opisanie. Mam czasem problem, żeby sobie przypomnieć, co ja tam napisałem. Raz nawet udzielając wywiadu zapomniałem tytułu powieści, którą napisałem, bo myślami byłem już przy czymś innym. Mam w głowie wiele pomysłów i historii, które czekają na opowiedzenie. 

Rozmawiała Urszula Abucewicz