Warto filozofować. Trening umiejętności poznawczych

Figurki i wnętrze dłoni– Przepraszam, czy Pani idzie na zajęcia do Pana Przemka? To ja Panią poprowadzę! – zaczepia mnie na przystanku tramwajowym jakaś uśmiechnięta nastolatka. – Tak, a skąd wiesz? – Poznałam Panią po jamniku…

Umawiając się z panem Przemysławem Staroniem z LCNK Sopot na obserwację zajęć pozalekcyjnych rozwijających kompetencje społeczne, rzeczywiście spytałam go, czy mogę przyjechać z moim psem, co zostało przyjęte z entuzjazmem. Podobny efekt wywołała moja propozycja, że przywiozę własnoręcznie przygotowaną sałatkę. Wszystko dlatego, że zajęcia u pana Staronia z założenia mają jak najbardziej różnić się od typowej szkolnej lekcji. To spotkanie, na przykład, zorganizowane zostało w prywatnym domu, w mieszkaniu zaprzyjaźnionych z nauczycielem i wspomagających go w jego pracy animatorek kultury, które emanują wręcz empatią i życzliwością dla wszelkich gości.

Jednak kiedy wysiadłam z tramwaju, poczułam się nieco zagubione w labiryncie bloków gdańskiej Zaspy, przekonana, że będę teraz błądzić od numeru do numeru. Na szczęście, pomyślałam, styczeń nas rozpieszcza, temperatura powietrza i słońce są prawdziwie wiosenne.

Wkrótce jednak okazało się, jakie miałam szczęście, że od razu uzyskałam sympatyczną przewodniczkę. Trzeba było przejść przez podwórko, ominąć jeden budynek, wejść do bramy, skręcić… istny labirynt! A potem jeszcze ustalanie, na które piętro pojechać, bo starego typu winda zatrzymuje się na co drugim. Wszystko to okazało się dość skomplikowane, na szczęście moja towarzyszka szybko trafiła pod właściwy adres, chociaż, jak się później okazało, także była tam po raz pierwszy.

Wyprowadzenie zajęć poza budynek szkolny – czego byłam pewna od początku – okazało się znakomitym pomysłem. Rozlokowani swobodnie w prywatnej przestrzeni uczniowie czuli się tak, jak powinni, to znaczy „jak u siebie w domu”. Część przesiadywała w kuchni, pojadając jakieś „przegryzki” i popijając herbatę, część okupowała salon, udekorowany figurkami lego i portretami filozofów. Jeden z pokoi, cały zabudowany regałami z książkami i albumami, stanowił „zaplecze”, gwarantujące „nielimitowany dostęp do źródeł” lub możliwość relaksu, chwilowego oderwania się od zajęć. Jednak większość uczniów zgromadziła się w salonie. Półsiedząc, półleżąc, na kanapie, fotelach, na dywanie, kręgiem otaczali nauczyciela, który chwilami coś opowiadał, chwilami tylko słuchał, wskazując poszczególne osoby, niczym dyrygent w otoczeniu orkiestry. Wszyscy na kolanach porozkładane mieli zeszyty z notatkami, karty pracy, podręczniki, książki, w rękach – smartfony.

Pomimo (a może właśnie dzięki) pozostawionej CAŁKOWITEJ SWOBODZIE DECYZJI, kiedy będą uczestniczyć w zajęciach, pracując w grupach lub indywidualnie, a kiedy zechcą odpocząć, uczniowie SAMI DECYDOWALI, że będą intensywnie pracować. Nikt ich do tego nie mobilizował, wręcz przeciwnie, nauczyciel – niczym „mag” czy „demiurg” – starał się tylko zapewnić wszystkim optymalne warunki do pracy i, stale obecny, dopowiadał, korygował lub uzupełniał kolejne prezentacje.

Uczniowie przygotowywali się bowiem do udziału w Olimpiadzie Filozoficznej (jak się później okazało, przeszli WSZYSCY!!!).

Przygotowała Ewa Dunaj

Uczniowie zgromadzeni w salonieUczniowie siedzą swobodnie w salonieUczniowie siedzą na dywanie, nauczyciel i obserwatorka zajęć stojąUczniowie siedzą na dywanie, nauczyciel i obserwatorka zajęć stojąNauczyciel mówi do uczniów siedzących w salonieMyśl DemostenesaNotatki uczniów na dywanieNauczyciel na tle regału z figurkamiRegał z figurkami i ręka nauczyciela